Reno – największe małe miasto na świecie.

By on August 9, 2015

Czasami jest trudno podjąć decyzję związaną z kolejnym kierunkiem podróży. Szczególnie w Stanach, gdzie nie do końca przemyślany wybór może nas słono kosztować. Czas w San Francisco zbliżał się ku końcowi, a my oprócz eksplorowania miasta musieliśmy coś zaplanować.
Coś – czyli przemieścić się do jakiegoś interesującego miejsca, które jednocześnie byłoby wygodnym, komunikacyjnym pomostem łączącym nas z docelową destynacją – South Lake Tahoe.
Wysłaliśmy kilka zapytań ‘last minute’ poprzez couchsurfing do Reno oraz Sacramento i stwierdziliśmy, że udamy się do tego miejsca, z którego najszybciej otrzymamy aprobatywną odpowiedź.
‘Ale z nas farciarze’ – pomyślałam, gdy otworzyłam po kilku godzinach jedną z wiadomości. Spośród wszystkich nieprzeczytanych oraz negatywnych była ta jedna, upragniona, pozytywna – która także przesądziła o tym, że 5 minut później byliśmy już uposażeni w bilet autobusowy do Reno. Po raz kolejny utwierdziliśmy się w przekonaniu, że couchsurfing to bezsprzecznie niezawodny kreator podróży, często decydujący o jej dalszych losach.
Rankiem pożegnaliśmy się z Agnieszką i Jordanem, po czym czekał na 1,5 kilometrowy spacer z plecakami do stacji autobusowej Greyhounda.

W drodze do stacji Greyhounda.

W drodze do stacji Greyhounda.

Na pierwszy rzut oka od razu było widać, że typowy Amerykanin raczej nie korzysta zbyt często z takiego środka transportu. Poczekalnię dzieliliśmy z czarnoskórą Panią ochroniarz o złotym uzębieniu, jakimś mężczyzną gadającym do siebie oraz kilkoma nietrzeźwymi osobnikami. Na palcach jednej ręki można było policzyć wzorcowych turystów, w tym i nas. Niefortunnie nasz autobus, a także kilka innych miało opóźnienie. W momencie gdy przekroczyło już godzinę, pasażerowie zaczęli się niecierpliwić i zasypywać pracowników terminalu lawiną pytań. Ostatecznie, dopiero po 1,5 godziny wsiedliśmy na pokład jednej z najbardziej znanych w USA linii autobusowej.

Typowy autobus Greyhounda. Przystanek w Oakland.

Typowy autobus Greyhounda. Przystanek w Oakland.

W środku niezwykle komfortowo - gniazdka i wifi :)

W środku niezwykle komfortowo – gniazdka i wifi 🙂

Podróż mimo wcześniejszego opóźnienia minęła nam bardzo komfortowo i w godzinach popołudniowych przywitaliśmy dawną stolicę hazardu – Reno w stanie Nevada.
Od razu wypatrzyliśmy nasz ulubiony znaczek restauracji pod złotymi łukami 😉 i postanowiliśmy zarządzić małą przerwkę przed dostaniem się do domu naszego hosta Briana. Jego lokalizacja nie należała do tych najbardziej dogodnych, więc skazani byliśmy na wzięcie taksówki. Po przyjeździe pod wskazany adres od razu zostaliśmy serdecznie przywitani przez właściciela domu oraz couchsurfingową parę z Węgier. Brian oprowadził nas po swojej nieruchomości i na koniec skwitował, że możemy spać gdzie tylko chcemy. Rzuciliśmy w kąt plecaki i wyszliśmy na taras integrować się z nowo poznanymi domownikami. Jak się okazało nasz sympatyczny gospodarz mieszka tylko z psem i kotem ale w ciągu roku wynajmuje pokoje ludziom zaangażowanym w światowej sławy projekt o nazwie Burning Man lub pomaga podróżnikom takim jak my – solidaryzującym się z ideą couchsurfingu. Każda nowa osoba, która przekraczała próg domu Briana, czuła się jak u siebie. Panowały oczywiście jakieś niepisane zasady ale zdecydowanie bardziej był wyczuwalny nieograniczony luz, swoboda rozmowy i ogólna bezkonfliktowość.
W kilkuosobowym towarzystwie i asyście przeuroczego psa Toma spędziliśmy długie godziny na wzajemnym poznawaniu się i wymianie życiowych historii.

Kochany pieseł - Tom

Kochany pieseł – Tom

Zgodnie z poleceniem właściciela domostwa wybraliśmy jedno z wolnych łóżek na poddaszu i padliśmy po całym dniu wrażeń.
Drugi dzień był już mniej intensywny mimo że był to 4 lipca – Dzień Niepodległości Ameryki. Początkowo w planach mieliśmy spędzić go na kempingu na pustyni niedaleko Reno. Taką propozycję otrzymaliśmy od Briana i jednego z tworzących Burning Mana – Alana. Byliśmy zachwyceni! Akurat tego dnia były także moje imieniny, więc pomysł spędzenia ich pod namiotem na pustyni rozświetlonej milionem gwiazd i obserwacji fajerwerków moglibyśmy zakwalifikować do czegoś unikatowego i nietuzinkowego…Niestety prognozy burzowe pokrzyżowały nam plany. Pobyt na pustyni podczas ulewy mógłby zakończyć się groźnie. Trochę nam było szkoda ale własne bezpieczeństwo jest rzecz jasna najważniejsze. Zamiast kempingu zorganizowaliśmy sobie grilla na tarasie, a potem wypatrywaliśmy sztucznych ogni rozświetlających niebo nad centrum Reno…

Grillujemy steki według receptury Briana.

Grillujemy steki według receptury Briana.

4 lipca na tarasie u Briana.

4 lipca na tarasie u Briana. Od lewej Paul, Brian, Alan, Malvka i Michciu.

Ostatniego dnia postanowiliśmy, że opuścimy na kilka godzin gościnne progi domu Briana i wybierzemy się do miasta. Nieznośny upał utrudniał poruszanie się wśród ulic przepełnionych kasynami.

Najbardziej popularny znak w Reno.

Najbardziej popularny znak w Reno.

Wszędzie pełno kasyn.

Wszędzie pełno kasyn.

IMG_8152

Mijając przykuwającą wzrok sztukę uliczną doszliśmy nad rzekę Truckee, gdzie spragnieni chłodu mieszkańcy beztrosko zanurzali się w jej orzeźwiającym wodach. Dołączyliśmy i my 🙂

Sztuka uliczna Reno.

Sztuka uliczna Reno.

Chłodzenie w rzece w trakcie upałów ? Dlaczego nie!

Chłodzenie w rzece w trakcie upałów ? Dlaczego nie!

IMG_8179
Spacer powrotny do domu przy zachodzącym słońcu był czystą przyjemnością. Gdy pojawiliśmy się u Briana byliśmy już mocno zmęczeni, jednak spontaniczna propozycja nakręcenia prawdziwego podcastu otworzyła nam na nowo oczy. Nie byliśmy do końca przekonani czy damy sobie radę. W końcu rozmowa przeprowadzana była w języku angielskim oraz brakowało nam stricte radiowego obycia. Stwierdziliśmy, że tak czy inaczej spróbujemy bo z pewnością będzie to dla nas ogromna frajda. Umówione wstępnie 30 minut podcastu przeciągnęło się do 1,5 godziny genialnej konwersacji podczas której opowiadaliśmy o swojej podróży, Polsce, spojrzeniu na świat. Nie pozostawaliśmy dłużni i również Brianowi zadawaliśmy zróżnicowane pytania dotyczące w głównej mierze życia w USA. Całość wyszła zaskakująco dobrze i przede wszystkim spontanicznie.

IMG_8200_HDR

dotkom (2)

dotkom (3)

Dla nas było to pierwsze takie doświadczenie w podróży i bez wątpienia zapamiętamy je na długo.

dotkom (1)

ARCHWIUM

Translate »