Road trip w wersji M&M’sowej. Część 1: od SLT do Las Vegas.

By on August 31, 2015

Zakupy w jednym z amerykańskich supermarketów zakończone pomyślnie. Namiot i materac będą nam towarzyszyły w naszej objazdowej wycieczce po Parkach Narodowych Stanów Zjednoczonych. Zapakowaliśmy bagaże, pożegnaliśmy naszych przemiłych rummejtów i ruszyliśmy w nieznane. Po 10 dniach odpoczynku w warunkach domowych, znowu jesteśmy w drodze. Każdego dnia szukamy łazienki, miejsca do spania i organizujemy tanie, dobre jedzonko. Pierwszy postój w Reno na lotnisku w celu wymiany samochodu. Odbieramy srebrną strzałę i ruszamy w dół prosto do parku Yosemite. Mamy piękną pogodę, widoki są coraz bardziej zaskakujące, a my suniemy prosto do serca pięknego rezerwatu przyrody.

1 (11)

Naszym głównym celem było zobaczenie Yosemite Falls i parku Tuolumne Grove, gdzie można nacieszyć oczy widokiem ogromnych sekwoi. Od pierwszego momentu naszej podróży trudno nam było rozpędzić samochód, gdyż co parę chwil napotykaliśmy widoki, którym ciężko było odmówić pamiątkowej fotki.

Jedna z wielu atrakcji w PN Yosemite.

Jedna z wielu atrakcji w PN Yosemite.

1 (30)

Pierwszą informacją jaka do nas dotarła przy wodospadzie Yosemite było to, że corocznie 200 osób łamie kości wdrapując się po skałach w kierunku kaskady. Nam udało się tam dotrzeć bez żadnych dodatkowych atrakcji. Czuliśmy się tam jak małe wiewiórki na placu zabaw skacząc ze skały na skałę.

Naturalnie przepiękne Yosemite.

Naturalnie przepiękne Yosemite.

Mokre skałki pod wodospadem.

Mokre skałki pod wodospadem.

Zachwycające widoki.

Zachwycające widoki.

Późnym popołudniem zaparkowaliśmy strzałę przy wejściu do Tuolumne Grove i udaliśmy się na kilkukilometrowy spacer do olbrzymich drzew. Idąc wzdłuż szlaku omiataliśmy wzrokiem w połowie spalony las. Pożar rezerwatu miał miejsce w 2014 roku. Niektóre drzewa były zwęglone u podstawy i sprawiały wrażenie jakby miały za chwilę runąć. Straż pożarna nie interweniuje w parkach narodowych, gdyż zaburzałoby to ich naturalność.

Jedno z wielu spalonych drzew.

Jedno z wielu spalonych drzew.

Sekwoje, do których udało nam się dotrzeć były naprawdę ogromne. Malwa stojąca przy pniu wyglądała jak mały patyczek.

Tulinki z sekwoją.

Tulinki z sekwoją.

1 (7)

Wyjeżdżając, w kierunku Doliny Śmierci przeżyliśmy jeden z najpiękniejszych zachodów słońca w naszym życiu. Siedzieliśmy na kamieniu patrząc w dal. Nie trzeba było nic dopowiadać, widok mówił aż za dużo.

Spektakularny zachód.

Spektakularny zachód.

1 (16)

1 (17)
Po bardzo aktywnym dniu zmęczenie wzięło górę. Początkowo planowaliśmy spędzić noc na polu namiotowym ale po kilku godzinach nocnej jazdy zrozumieliśmy, że nasz zapas sił absolutnie to wyklucza. Szybko znaleźliśmy miejsce na jednym z przydrożnych punktów odpoczynkowych i odpłynęliśmy w mgnieniu oka na fotelach naszego Nissana.
Kolejny poranek rozpoczął się obfitym prysznicem w umywalce i wspaniałym, pełnowartościowym śniadaniem w restauracji “Pod Złotymi Łukami”.

Zbliżaliśmy się do doliny, a temperatura rosła i rosła. Słońce pięknie oświetlało otaczające nas skały i wyschniętą do granic możliwości ziemię.

1 (33)

Nagle potężna ziemska żarówa zgasła na rzecz czarnych, burzowych chmur, które spowiły całe niebo. Po kilku chwilach wraz ze światłem słonecznym zniknęła również droga. Zaczęła się potężna burza piaskowa. Wiatr huśtał samochodem, a pędzący piach całkowicie zabrał widoczność. Na początku samochody używały wszystkich możliwych znaków: awaryjne, drogowe i klakson miały informować o innym uczestniku ruchu.

Burza piaskowa.

Burza piaskowa w Dolinie Śmierci.

I ten biedny, wychudzony kojotek :(

I ten biedny, wychudzony kojotek 🙁

W chwili w której przebywaliśmy w apogeum sztormu dostaliśmy wiadomość aby unikać podróży, gdyż w naszej okolicy szaleją burze piaskowe.
Na szczęście po kilkunastu minutach wyjechaliśmy ze strefy wiatrów i spokojnie mogliśmy kontynuować podróż w kierunku Death Valley. Ze względu na całkowity brak światła podjęliśmy decyzję o przełożeniu zwiedzania najpiękniejszych miejsc na kolejny dzień.

Witamy w Dolinie Śmierci.

Witamy w Dolinie Śmierci.

Burza piaskowa i kiepska pogoda, czyli przekładamy zwiedzanie na kolejny dzień.

Burza piaskowa i kiepska pogoda, czyli przekładamy zwiedzanie na kolejny dzień.

Odnaleźliśmy pole namiotowe, na którym na początku byliśmy absolutnie sami. Rozbiliśmy namiot, w którym temperatura szybko przekroczyła dopuszczalną. Mocno zwlekaliśmy z wizytą w naszej grocie ciepła racząc się czerwonym winem, serem pleśniowym i winogronem. Noc należała do koszmarnych. Wszędzie brakowało powietrza. Ja nawet wskoczyłem na chwilę do samochodu żeby się schłodzić przy pomocy klimatyzacji. Po długich męczarniach udało nam się zasnąć na kilka krótkich godzin. Podładowane baterie pozwoliły nam przetrwać kolejny dzień i cieszyć się następnymi cudami natury.

Nocleg w namiotowej saunie.

Nocleg w namiotowej saunie.

Dolina Śmierci zrobiła na nas ogromne wrażenie. Była przepiękna, różnorodna a jej kształty i kolory sprawiały wrażenie bajkowych. Do tego jest miejscem, które daje niepowtarzalną okazję żeby poczuć absolutną wolność. Praktycznie zerowy ruch, głośna elektryzująca muzyka i długa droga kończąca się na horyzoncie.

W drodze do Red Canyon. Wycieczki po 10 rano są już niewskazane ze względu na temperatury.

W drodze do Red Canyon. Wycieczki po 10 rano są już niewskazane ze względu na temperatury.

1 (26)

Widok na Zabriskie Point.

Widok na Zabriskie Point.

1 (24)

Najniżej położony punkt w Ameryce Północnej. 85 metrów poniżej poziomu morza.

Najniżej położony punkt w Ameryce Północnej. 85 metrów poniżej poziomu morza.

Wolność!

Wolność!

Czasami warto spojrzeć na świat z innej strony ;)

Czasami warto spojrzeć na świat z innej strony 😉

Rozpalony asfalt i niekończąca się droga.

Rozpalony asfalt i niekończąca się droga.

Pole golfowe diabła.

Pole golfowe diabła.

Kolejnego dnia koła naszego pojazdu skręciły w kierunku miasta hazardu – Las Vegas. Mnóstwo turystów i jeszcze więcej kasyn to obraz jaki pojawia się w naszych głowach.
To niesamowite ile ludzi przyjeżdża tam po to aby siedzieć całymi dniami i naciskać guzik na maszynie czy stać przy stole do rulety. My okazaliśmy się być hazardoodporni. Zobaczyliśmy najważniejsze miejsca i wspólnie stwierdziliśmy, że nie można odmówić klimatu tańczącym fontannom przed hotelem Bellagio.

Belaggio.

Belaggio.

Jednak najważniejszym punktem naszego pobytu w LV było nasze małe święto, o którym napisaliśmy już wcześniej na facebooku. Po 7 miesiącach podróży spaniu w namiotach, tanich hostelach czy couchsurfingu przyszedł czas na chwilę luksusu tylko dla nas.
“Dokładnie 2 lata temu na ślubnym kobiercu M&M’sy powiedziały sobie sakramentalne “tak”, a potem w gronie wspaniałej rodziny i przyjaciół wybawiły się za wszystkie czasy. To był przepiękny moment. Już wtedy wiedzieliśmy czego chcemy i do czego dążymy. Zamiast miesiąca miodowego, spakowaliśmy walizy i polecieliśmy do UK żeby zapracować na nasze marzenie, na naszą podróż dookoła świata.
Pierwszą rocznicę ślubu spędziliśmy od rana do wieczora w pracy, jednak za sprawą cudownych ludzi poznanych w brytyjskim Chieveley ten dzień był naprawdę niezapomniany i wyjątkowy. Dziękujemy im z całego serca.
Od tego momentu minął rok. Całe 365 dni. Czy to dużo czy mało żeby zmienić coś w swoim życiu?
Od około 7 miesięcy zapisujemy na wspólnej karcie życia niezwykłe miejsca, przygody i historie. Tylko w duecie potrafimy cieszyć się w taki sposób z każdego przeżywanego dnia podczas wędrówki po świecie. Wiemy, że mamy siebie. Mamy swoje stuprocentowe zaufanie, troskę, miłość, pasję, marzenia i plany. I choć charakterki mamy silne i często każde z nas chce postawić na swoim z racji wrodzonego uporu – to nie wyobrażamy sobie żeby cokolwiek mogło wyglądać inaczej. Najlepszym podsumowaniem będą tutaj słowa z naszego ślubnego zaproszenia:
“Nieważne dokąd w życiu zajdziesz, co osiągniesz, ile będziesz posiadał. Ważne kogo będziesz miał u swego boku”.”

To był piękny dzień, w którym zapomnieliśmy o całym świecie. Cudowna żona, piękne widoki, pyszne jedzenie i cała masa wspaniałych wspomnień…

Wychodzimy na kolacyjkę! Dawno tak się nie czuliśmy :)

Wychodzimy na kolacyjkę! Dawno tak się nie czuliśmy 🙂

Restauracja Top of the world. Na dachu świata.

Restauracja Top of the world. Na dachu świata.

Kolekcjonujmy piękne momenty.

Kolekcjonujemy piękne momenty.

Delektujemy się wykwintnymi daniami.

Delektujemy się wykwintnymi daniami.

1 (696)

Zapamiętamy te chwile.

1 (631)

Carpe Diem!

Następnego dnia stroje galowe wpadły na dno naszych plecaków, a na ramionach ponownie zawitały porozciągane, znoszone koszulki. Szybkie zakupy z naszego ulubionego sklepu Trader Joe`s znalazły miejsce w naszym małym przenośnym cooler-ku, a samochód wjechał na drogę, która poprowadziła nas ku kolejnym przygodom.

ARCHWIUM

Translate »